Rozmowy na temat naszego wyjazdu zaczęliśmy jeszcze w Szwecji, potem zimą odbyliśmy naradę strategiczną, a wiosną ekipa zaczęła sie wykruszać, Renata z Arturem i Tomkiem kupili bilety, zaplanowali już jak dostać się z lotniska na miejsce – a my dzielnie mówiliśmy, że damy radę i jedziemy. Chyba trzy tygodnie przed datą wyjazdu skutery i inne zacne pojazdy typu VW 1500 zostały poddanne gruntownemu badaniu technicznemu, potem wykruszył się nam Grześ, smutno było, ale niestety troska o zdrowie bliskich, jest ważniejsza, wszyscy to rozumiemy.
Półtora tygodnia przed wyjazdem wiedzieliśmy: Vishek, Broda i Bombel jadą samochodem ze skuterami, Renata, Artur i Tomek lecą i wszystko mają już dopięte na ostatni guzik.
A w ekipie samochodowej… nic nie wiadomo. Demokratycznie i burzliwie pierwszy konsensus osiągneliśmy ustalając która przyczepa i które skutery jadą. Przed nami 4 tys. km, a kandydata na samochód brak: na bomblowego dostawczaka chłopaki kręcą nosem, bo nie ujedzie. Jest wtorek wieczorem, mamy wyjechać w niedzielę Vishek wydaje polenienie: jedziemy Szymka T3. Szymek to zaprzyjaźniony rodzinnie vishkowy sąsiad. Musimy szybko tylko naprawić to i owo, powymieniać posprawdzać. Łatwo powiedzieć szybko: noc telefony, gadki, prośby – udaje się (Jacuś dziękujemy!) we środę wieczorem Bombel zawozi busa na dalekie Jelonki, do jego zaprzyjaźnionego warsztatu od VW – polecamy gorąco, adres wysyłam mailem!
W piątek wieczorem Bombel odbiera busa z przykazaniem: to 4 tysiące sprawdzajcie olej, dolewajcie wody, to dobry samochód, ale swoje lata ma. Przesympatyczny Pan w warsztacie nie wie, że mamy swojego asa w rękawie – Brodę i się nie boimy. A T3 już pokochany przez Bombela – jak on słodko rechocze!
Sobota to ostatnie zakupy, ustalanie drogi, ok. 22 wiemy, że jedziemy przez Calais – kwestie cenowe i robi się niedziela rano….
Na bomblową wieś dojeżdżają osoby dramatu: to gatunek literacki, nie potoczne brzmienie tego słowa: VIshek i zaspany Broda na Giorno. Potem pada sakramentalne [zobaczycie w filmie] “przygotowanie do wyjazdu”. Broda jak zwykle pakuje nas perfekcyjnie
, bombel oddaje klucze i wieś i Azory we władanie zaprzyjaźnionemu dziecku i ruszamy.
Burza, słońce, burza, w Zgorzelcu fajne uczucie: przejeżdżamy granice, nikt nas nie zatrzymuje, o nic nie pyta, burger w enerdówku, Niemcy właściwe – cały czas prowadzi Vishek. Wariat to jest…. padł dopiero w Holandii, po ponad 1200 km. I jeszcze sobie po małych holenderskich miasteczkach pojeździliśmy w nocy szukając kampingu do 4 rano. Humory, docinki i muza melduję – jak zwykle top gear, natomiast kampingu, mimo internetu, brak. Parkujemy bezpiecznie i udajmy się na zasłużony odpoczynek.
Rano okazuje się, że to główny plac małego miasteczka. Jest 9. a tam ni żywego ducha. My już po herbacie, Vishek po jodze też. Zaczynamy się stamtąd zbierać, bo słońce wysoko, ok 10.30 pojawiają się pierwsi przechodnie, ale piekarnia cały czas zamknięta. Dziwny naród ci Holendrzy. jest normalny dzień pracy. Jeszcze godzinne szukanie kampingu, który wczoraj przejechaliśmy z agro-zoo dla dzieciaków, ale tu panna w stroju punk zawiadująca kampingiem odmawia nam kąpieli. Ruszamy na autostradę i na dużej stacji dla szoferów prysznic, bagietka i nie wiedzieć kiedy jestśmy w Calais – to taka zajezdnia jak na warszawskiej ul. Kaweńczyńskiej, tylko we Warszawie dla tramwajów, tutaj dla promów.
Bilety, dwa kwadranse oczekiwania i już płyniemy na Wyspę. Kawa, chwila wytchnienia Zielona Wyspa wyłania się w Dover.
W zamieszaniu tracki, autobusy, rower, samochody po wyspiarskiej stronie ruchu jedzie Broda , więcej pakujemy się w jakiś korek na autostradzie, zbaczamy, wjeżdżamy do Londynu – Vishek wyprowadza nas z stamtąd bez trudu. Poziom humoru: skupienie/głupawka, a GPS na Wyspie to dobre urządzenie.
Po opuszczeniu Londynu, kierujemy się w stronę Cambrige. Luiza, nawigacja GPS, czuje się też cudownie i cywilizowanie. Jest co do metra synchronizowana ze znakami drogowymi, szczególnie tymi od prędkości. Zachodzące słońce, pasące się na wzgórzu barany. Bombel marudzi, zatrzymujemy się uwiecznić landszaft. Jeszcze chwila i jesteśmy w Cambrige. Luiza bezbłędnie prowadzi nas w ciemności do demokratycznie wybranego “Bed & Beakfast”. Przyjeżdża właściciel, inkasuje funty, poucza, zakwaterowujemy się i Cambrige należy do nas – Vishek prowadzi. Po drugim Guinnessie Broda postanowił wykładać filozofię mechaniki na obecnym tu uniwersytecie. Zresztą kiedy się temu przyjrzeliśmy następnego dnia – nie jest to takie głupie! Spać poszliśmy szybko.
Ranek śmieszny, nerwowy, acz angielsko-śniadaniowy i w miasto. Tutaj nam Broda rozwinął skrzydła kronikarskie. Mamy 2 tys fot. nawet autokar japońskich turystów tyle nie byłby w stanie napstrykać – i jest z czego wybierać do galerii
Cambrige przeszliśmy piechotą, ciesząc się tym specyficznym, akademickim miasteczkiem. Pełno tam nieśpiesznego wymieszana: starsi panowie i panie, grupki młodzieży i ćwiczenia jogi na trawie, w parku.
Jeszcze chińszczyzna w take-way’u i ruszamy do Pete, 30 km dalej. Dojeżdżamy i czeka na nas Lambretta z przyczepą na rozstaju wiejskich dróg. Nasz Pete!
Parkujemy busa na podjeździe (ma już za sobą 2 tys.km z przyczepą), chwile jeszcze gadamy, robi się zupełnie ciemo, zaczynamy ziewać. Zasypiamy każde w swoim śpiworku..
Rano: kawa, herbata, mleko z płatkami lub mięso i wycieczka do owiec. Tego chłopaki Bomblowi nie darują długo: skoro chcesz mieć owce i tutaj mieszkać, zobacz jak to jest, wieczorem powiedział Pete. Człapiemy się 4 km piechotą po łące. Po drodze przyjaciółka Pete, właścicielka hodowli, opowiada nam, że po 20 latach musi zrezygnować z hodowli, bo UE zarządała chipów dla każdego zwierza (20 funtów/szt/year) + lekarstwa+ jedzenie na zimę. Wonda, mała kobietka, kładzie barana jednym chwytem i wbija mu grubą igłę w żyłę… czy Bombel byłby taki dzielny, na szczęście już wracamy.
Potem rekonesans po pobliskich miejscowościach. Pete poprowadził nas przez ichniejsze jeszcze kryte strzechą chałupy, lunch w tawernie, powrót skuterami i wizyta w trzynastowiecznym pubie, gdzie nawet policeman zatrzymuje się po to, by opowiedzieć historię swojego skutera, nie po to by karać. Wieczór to prawdziwa, angielska kolacja: Ann przyrządza, jagnięcinę, gotowane warzywa, cake i zalegamy kontenci w swoich śpiworkach.
Po porannej herbacie ruszamy na wycieczkę do Imperial War Museum Duxford i tam na wielkim parkingu spotykamy Jaques. Od kostrukcji Braci Wright , przez Concorde i pojazdy II wojny, osiem godzin, poznajemy historię,dotykając wszystkiego, nawet T-34 był. Popisywały się nad nami Spitfire, kiedy padnięci wracaliśmy z najdalszej hali busem, pan kierowca Węgier, powiedział nam, że Spitfire, który nad nami wycinał beczki i korkociąki pilotowała jedyna kobieta na świecie, będąca właścicielką Spitfire.
Wracamy do Pete, po drodze zaglądamy do sąsiada, który prezentuje nam swoje oldtimery. Armstrong Siddeley jest nienaganny w każdym calu, od stopnia zachowania, po najmniejsze detale wyposażenia. Dojeżdzają lambrettowi Holendrzy i całą ekipą udajemy się na kolacje do Paul’a. Radośnie tu biesiadujemy. Dojeżdza Jaques, sąsiad Paul’a muzyk, wypytuje nas o Polskę, rozmowy, śmiechy. Robi się północ – wracamy do swoich śpiworków.
Ranek wita nas deszczem, ale ekipa szczęśliwa, nie zwraca uwagi na pogode. Ruszamy w składzie: Ann i Pete, Vishek, Broda, Paul – Lambrettami. Holendrzy 207 i Bombel T3. Zbaczamy z drogi ok. 100 km by zabrać SX 200 (nową Lambrettę Vishka) i Jaques z jego domu. Już ekipa w komplecie: cel Lincoln: EuroLambretta 2009.
Po drodze gubimy się samochody i Ann & Pete, ale w połowie drogi wszyscy się znajdujemy. Ta lewostronna jazda, to zupełnie inna jazda. Bombel busem z przyczepą, wyjeżdżając z parkingu o mało nie wywołuje niebezpiecznego wypadku, a chłopaki skuterami na rondzie, też o mało nie zaczynają jechać w drugą stronę. Ach te lata jeżdżenia, rutyna straszna rzecz. Po drodze zabieramy ekipę samolotową. Jeszcze kilkanaście kilometrów i EuroLambrettę czas zacząć.
Rozbijamy namioty, czyścimy i dokonujemy ostatnich mechanicznych poprawek przy Lambrettach. Research po miejscu zakwaterowania. Potem kolacja i podziwianie niewidzianych jeszcze maszyn. Nowe znajomości. Idziemy spać jutro parada i konkursy.
Rano na śniadanie angielskie: te ich sausages zupełnie bez smaku zresztą prócz pysznego bekonu, to oni przypraw nie znają. Konkursy, kącik fotograficzny i lans – potem ruszyliśmy na paradę. Daleko było z organizacją do Szwecji, ale daliśmy radę. Tylko w powrotnej drodze się pogubiliśmy – ot taka lambrettowa tradycja
Chwila odpoczynku, wydawanie funciaków na rozlicznych stoiskach, laboratoryjne analizy rozlicznych lambrtettowych patentów np. Lambretta z chłodnicą, czy Rickshaw. Jeszcze chwila odpoczynku we własnym gronie i denner. A tam balony, białe obrusy i nasz stolik: najbardziej rozrywkowy i zabawny. Nasi angielscy przyjaciele potrafią się bawić!
Troszku, szybko rozsypała się nam ekipa
, nie wszyscy dożyli do rozwiązania porannych konkurencji. Acz koleś co wygrał w loterii Lambrettę – też trochę nie wiedział o co came on
Żeśki ranek, ostatnia parada do miasta: jesteśmy bardzo zdenerwowani. Musimy szybko wracać, bo część samolotowej ekipy, nie może się spóźnić. A tu ulewa. Anglia, która tydzień pokazywała nam słoneczne oblicze, postanowiła na koniec pokazać się ze stony znanej z opowiadań. Wracamy do obozowiska przemoczeni do suchej nitki, dzielimy bagaże przyjaciel Artura – Mariusz, angielski rezydent, zabiera Asterką towarzystwo na lotnisko. A grupa samochodowa w strugach deszczu zwija obozowisko. Najpiękniej oddają to ostatnie kadry filmu.
Ostatnie uściski z naszymi angielskim przyjaciółmi, Bombel wyje jak bóbr – czas wracać. Zaczynamy niestety włączać sie w tryb powrotny i pracy. Ruszamy do Dover. ja nie wiem jak my to robimy: ale w busie znowu swoisty balagan, pojawia się już po godzinie. Kiedy podajemy dokumenty pani w okienku, wiemy, ze to ostatnie serdeczne Thanks You… wyjeżdzamy w Calais.
Prowadzi Vishek, w środku nocy, kiedy budzi się Bombel widzi całą tylną szybę w kroplach czarnego oleju – jest źle. Już świta, zjeżdżamy na stację, za 200 euro kupujemy olej, starcza na 100 km. jesteśmy w środku niemieckich landów właściwych. Kilka telefonów, internet – w końcu znajdujemy warsztat VW – jedziemy.
Uszkodzenie: wydaje sie banalne, acz bardzo znaczące: pękł przewód doprowadzający olej do chłodzenia turbiny. Decydujemy się na przywiezienie części taksówką, kasa większa… cóż. Bombel spaceruje po polach – tam nawet pszenica jest równa, potem wycieczka do miasteczka po papierosy, spotkanie ze stadem kóz.
Bus gotowy – ruszamy. Vishek zasłużył na sen – jedziemy na zmianę z Brodą. Pół godziny snu, 100 km jazdy. Tak do enerdówka, tu już jedzie tylko Bombel – mamy świadomość – cywilizacja się skończyła. Jeszcze w Poznaniu mała wpadka – płacimy trzykrotnie za autostradę, by zabrać Monikę, ulubioną ciotkę synka Brody na koncert do Warszawy jest 4 rano i koniec wycieczki, do tej pory wycieczki naszego życia.
a teraz zapraszamy na film

