O wyjeździe jeszcze Wam nie pisałam, a zabawy jak zwykle u nas. Ekipa się trochę rozsypała. Część nie może pojechać, część leci samolotem, my jeszcze nie wiemy jakim samochodem będziemy jechać i z którą przyczepą, ale to mamy już przećwiczone i damy radę, gorzej, że każda Lambretta jest chora. O przepraszam, BYŁA CHORA, chłopaki nie tylko psują te skutery, oni naprawdę naprawili Potwora/Monstera sami we dwóch! A było to tak:

Nowy silnik do Potwora (250ccm) razem z Arturem Smułką przyjechał z Anglii z Taffspeedu, potem Olo założył go i zrobiło się ciepło więc Vishek zaczął jeździć i docierać. Ponieważ zegary nie działają, nie wiedział ile jedzie. Raz nawet postanowiliśmy to sprawdzić na Wisłostradzie ja Kangurem, Vishek Potworem, nie udało się, bo przy 120km/h, Vishek mi śmignął, a dostawczak szybciej nie jeździ. Więc którejś nocy Vishek wracał z Grzesiem z Saloniku, Grześ swoją nową Alfetką Vishek – Potworem. Noc była na Wale Miedzeszyńskim, coś tam można było sprawdzić. Broda był w Miedzeszynie. Telefon, Vishek opowiada, że przy 145 km/h, Potwór stracił moc, a kopniak mała dziewczynka, małym palcem może nacisnąć…

Grześ z Maćkiem czekali, aż Potwór ostygnie, Broda powiedział, oj żeby nie była to dziura w tłoku. Około godz. 2 Bombel z Brodą Kangurem z przyczepą dojechali na miejsce zdarzenia. Jeszcze chwila deliberacji i rozjechaliśmy się: Grześ z Maćkiem Alfą, Potwór na przyczepie do Saloniku.

Potem było tak, że tłok choć bez dziury ale przytarty nielicho w małej paczce poleciał do Anglii, a potem wrócił, trochę mniejszy i nowy. Chłopaki w sobotnie, deszczowe popołudnie zabrali się do składania. Broda w iście angielskim stylu na kolanie dokonał precyzyjnej operacji na otwartym sercu Lambretty i zaczęli zbroić wszystko. Pogubili oczywiście śruby, na zostawało im części, ja odetchnęłam gdy zobaczyłam leżący w kąciku uzbrojony stary silnik od Potwora… Ale oni naprawdę to skończyli w niedzielę, najedzeni zadowoleni szybko. Potwór gada od pierwszego, ZUCHY TE MOJE CHŁOPAKI! Obejrzyjcie zdjęcia, wszystko udokumentowane!

Creme natomiast jedzie na przyczepie, nie wiadomo co jest biedakowi, nie chce zapalać (choć Vishek długo przeprowadzał swoje ulubione ćwiczenie: za bogato za ubogo z gaźnikiem), pancerz od linki ma zbyt krótki, Peter chyba potrzebny, przecież do niego jedziemy:)

Tak więc do wyjazdu został nam tydzień. Mamy jechać 20 godzin do promu, przeprawa na wyspę, wizyta u Petera & CO, zabieramy SX-a, a potem do Lincoln i powrót. Trzy dni wśród spalin, tydzień tłuczenia się z przyczepą …jak zawsze warto!

Jedna odpowiedź do “Weekend przed wyjazdem do Anglii”

Dodaj odpowiedź